Kotański

Osiem lat temu, 19 sierpnia 2002, zginął w wypadku Marek Kotański, twórca Monaru. Był wielki. Uratował życie i zdrowie tysiącom ludzi. Ocalił ich od śmierci, od szaleństwa, od braku sensu. Przywrócił ich światu.

„Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego” – mówił Ojciec Święty na Błoniach o wynoszonym na ołtarze bohaterskim zakonniku. I prawie w tym samym momencie zginął tragicznie Marek Kotański. Wspaniały, świętej pamięci Marek Kotański. On nie wyjeżdżał na egzotyczną wyspę, bo był potrzebny tu, w Polsce. Poświęcił się naszym trędowatym. Tym, których tak zwany zwykły, porządny obywatel omija z daleka – z odrazą, często z pogardą, bo przecież narkomani „sami sobie są winni”. Ileż dobra uczynił ten człowiek w swoim za krótkim życiu! Czym się kierował? Boskim nakazem o miłosierdziu? Czy raczej tym, co Miłosz określił jako współczucie dla mieszkańców ziemi, padołu łez?
Idzie człowiek wielopiętrowy, / na górnych piętrach rześkość poranka, / a tam nisko / ciemne pokoje, / do których strach wchodzić (Czesław Miłosz, „Człowiek wielopiętrowy”).

K.


Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu.

Dodaj swój komentarz