O Soni, Sonji i asertywności

Słynnego polskiego językoznawcę prof. Witolda Doroszewskiego, przez kilka dziesięcioleci XX wieku uznawanego za wyrocznię w dziedzinie poprawności językowej, zasypywano lawiną korespondencji.

Na przeróżne pytania i prośby o porady odpowiadał z anielską cierpliwością, ale pewnego razu na uwagę o niewłaściwym mieszaniu pojęć cyfra i liczba zareagował zaskakująco (co opublikowano potem w zbiorze „O kulturę słowa”, t. II): „Korespondent uważa, że taki błąd obciąża i mnie, bo kiedyś o liczbie dwanaście (…) napisałem, że jest cyfrą”. Po czym następuje długi, zagmatwany wywód z pogranicza socjologii, logiki formalnej oraz definiowania pojęć pierwotnych, a wreszcie puenta: „Formułując skierowany pod moim adresem zarzut, o który nie mam pretensji, bo rozważanie pewnych spornych kwestii może być nie najgorszym sposobem spędzania czasu i może się do czegoś przydawać, korespondent pisze…”.

Pomińmy dziś istotę sporu (o liczbachcyfrach wspominałem ongiś w jednym z „Monitorów”; kto czytał, wie, że pan profesor popełnił drobną, jednak dość ewidentną gafę!), zwróćmy natomiast uwagę na kwestię stylu. Adresat takowego komentarza chyba się mocno zdumiał, wszak pisał był swój list zapewne nie po to, żeby spędzić czas… – No niestety, trzeba przyznać, że profesor nie zdzierżył krytyki i się zdenerwował. Pozwolił sobie przy tym na chwilę szczerości i nie owijał w bawełnę niechęci do nazbyt dociekliwego korespondenta. Owszem, użył słów nie bardzo dosadnych, wręcz delikatnych, a jednak zjadliwej ironii trudno nie zauważyć.

Pytanie za wiele punktów: czyż się godzi, by wybitny naukowiec, sławny człowiek lekceważył lub choćby tylko odczuwał niechęć do Bogu ducha winnego korespondenta? I pytanie drugie, zasadnicze dla poniższych rozważań: czyż się godzi tego rodzaju niesympatyczne uczucia okazywać? Przy czym nie chodzi mi już o prof. Doroszewskiego ani jemu podobnych gigantów, lecz o ogół cywilizowanych, kulturalnych ludzi.

Jeszcze jeden cytat. Leszek Kołakowski, o kłamstwie: „Cnoty towarzyskie, jak dyskrecja i uprzejmość, bardzo często ocierają się o kłamstwo, ale trudno nie przyznać, że gdyby tych cnót nie było, życie zbiorowe byłoby znacznie gorsze, niż jest, i nie tyle oddychalibyśmy czystym powietrzem prawdy, ile żylibyśmy wśród chamstwa”.

Szaloną karierę robi od niedawna słowo asertywność. Pojawiło się w słownikach ledwie parę lat temu, a znaczy w potocznym rozumieniu mniej więcej tyle, co otwartość, bezpośredniość, umiejętność wyrażania wobec innych osób własnych uczuć, opinii, pragnień w sposób adekwatny i pozbawiony lęku, a zarazem respektujący uczucia, postawy, pragnienia tych osób. Człowiek powinien być asertywny – nawołują psychologowie i pedagodzy. Niestety, tego typu postawa, modna i przez wielu pożądana, jest bardzo trudna do praktycznego zastosowania. Zbyt niebezpiecznie balansuje bowiem na granicy tego, przed czym przestrzega Kołakowski…

Wasz korektor nie jest asertywny. Nie potrafi się wykłócać o swoje. Cierpliwie od wielu lat wysłuchuje nieustannego zrzędzenia i narzekania niektórych bliźnich oraz bez słowa znosi ich humory. Co prawda „unika głośnych i napastliwych, którzy są udręką ducha” (Desiderata!), lecz gdy już takowi sami się pojawiają, nie umie ich poskromić. Toleruje więc nieproszonych gości oraz wielogodzinne rozmowy telefoniczne w jego obecności. Z najwyższą trudnością przychodzi mu proszenie o nieprzeszkadzanie w pracy, o wyłączenie hałaśliwych sprzętów grających, o niezbędną ciszę i spokój. Nie wyłącza żonie telewizora, mimo że od godziny nikogo nie ma w pokoju (niechby spróbował – rozpętałaby się burza z piorunami; sama go sobie wszak kupiła…), i już nawet nie prosi o zmianę kanału ani nie komentuje tego kolejnego beznadziejnego filmu (na szczęście ma swój pokoik, nie musi więc tego oglądać). Jedynie nałogowych palaczy tępi i goni bez litości – w trosce o swoje, ale przecież także o ich zdrowie! Nie umie jednak powiedzieć wprost: „Panie Stasiu, nie opowiadaj pan o swoich chorobach po raz dziewięćdziesiąty, bo mam tu pilną robotę!”. Nie potrafi napisać miłej skądinąd nastoletniej korespondentce, że niekończące się dialogi są co prawda sympatyczne, ale wydają mu się jałowe i nie warto ich kontynuować, bo do niczego dobrego nie prowadzą. Cierpi więc okrutne męki, doznając dojmującego poczucia marnowania bezcennego czasu, a jednak gdy musi wreszcie przerwać zbędną dyskusję, bo za piętnaście minut ma wysłać do wydawnictwa skorygowany artykuł – nie powie dziewczynie kategorycznie: „A idźże wreszcie spać, bo ja tu jeszcze muszę popracować!”, lecz kręci przymilnie: „Późno się zrobiło, trzeba iść spać…”. Tymczasem może by czasem należało wrzasnąć po prostu: „A skończże, człowieku, to gadanie i idź do diabła!”, a może wręcz rzucić mięsem nieźle by było dla zdrowia i na otrzeźwienie. A może – tak jak cytowany na wstępie sławny profesor – posłużyć się aluzją, ironią, złośliwością? I tak źle, i tak niedobrze, gdy charakter za miękki oraz serce zbyt mocno ludziom współczujące.

Powyższe stanowczo za długie zagajenie (które dziwnym przypadkiem stało się główną treścią dzisiejszego „Monitora”) miało posłużyć następującej puencie: Wasz korektor nigdy nie lekceważy Czytelników! Uprzejmie odpisuje na każdy list dotyczący polszczyzny, a w miarę potrzeby i możliwości – odpowiada na przeróżne pytania. Sprawiają mu bowiem ogromną radość i satysfakcję (w odróżnieniu od ciągnących się w nieskończoność, niezbyt konkretnych, a czasami jedynie kurtuazyjnych dialogów bądź wręcz monologów, z którymi nie wiadomo, co począć).

Dziś jedno tylko pytanie i jedna odpowiedź. Zastanawiała się ostatnio pewna uczennica, czy imię Sonia (którego nie znalazła w słownikach) powinno mieć w dopełniaczu jedno i czy dwa. Odpowiadam bardzo chętnie: dopełniacz, celownik i miejscownik tego imienia brzmi Soni – tak samo jak Hani, Frani, Beni, WaniLoni (od: Leonid), a także dyni, Gdyni, pustyni, równi, bieżni, skoczni, drukarni, kawiarni. A to dlatego, że zakończenie tych wyrazów w mianowniku wymawiamy [-ńa]. Co innego, gdy mamy do czynienia z obcojęzyczną, dobrze znaną skądinąd wersją tego wdzięcznego imienia – Sonja, gdzie wyraźnie słyszymy [-ńja], podobnie jak w słowach: Kalifornia, linia, opinia, symfonia; tu w wymienionych przypadkach mamy Sonji, a zakończenie -nia zmienia się w -nii, z podwójnym i!

K.


Wasze komentarze (13):

  1. M.:

    Powiedzmy ,że zgadzam się z tą potrzebą, bycia szczerym. ( nawet , do bólu)
    Czasami nie ma innego wyjścia , trzeba wyjść z siebie i wszystko wykrzyczeć.
    Należy wtedy zachować ostrożność , można kogoś skrzywdzić…
    Moje wypowiedzi tutaj , są małowartościowe , zbędne , nic nie znaczące …

  2. M.:

    … dlatego , odpuszczam.

  3. Korektor.Opole.Pl:

    A cóż to za zagadkowe wypowiedzi! Straszny pesymista z tego M.
    Kimkolwiek jesteś, Szanowny/a M., nabierz dystansu, wyluzuj! Wypowiedzi są różne – mniej lub bardziej wartościowe, czasami faktycznie szkoda gadać, ale to nie powód, żeby krzyczeć.
    Warto znaleźć jaśniejszą stronę życia. Są takie. Jeśli zawiodą ludzie, zawsze można liczyć na przykład na poezję, muzykę…

  4. M.:

    :(

    Brak mi słów,słownik poproszę.

  5. josia:

    witam,
    zaznaczam, że nie jestem orłem z polskiego ale mam córkę Sonję i piszę zawsze na urodziny Sonji bo już nie pamiętam gdzie, ale wyszperałam że nie mogę odmieniać tego imienia jak Maja bo tu przed j występuje samogłoska a jeżeli jest spółgłoska to końcówka ji tak jak Łucja- Łucji, Sonja- Sonji proszę mnie oświecić :)

  6. K., korektor, tutejszy:

    Zgadza się. Jeśli w pisowni tego imienia jest litera j, w odmianie nie może być inaczej: dopełniacz, celownik i miejscownik – Sonji.
    Ciekaw jestem, dlaczego zdecydowała się Pani – jako matka – na ochrzczenie córki taką wersją tego pięknego imienia. Nie lepiej było bardziej swojsko i wdzięcznie – i bardziej po polsku – Sonia? A może mają Państwo niepolskie korzenie? Byłbym wdzięczny za wyjaśnienie.
    Sonja to nie jest bowiem pisownia zgodna z duchem polszczyzny, brzmi “zagranicznie”. Nie mam pewności, jakiego pochodzenia jest to imię, w każdym razie w tej wersji (z j) cieszy się dość dużą popularnością w Niemczech, ale uwaga – w wymowie nie słyszymy tam [sońa], lecz [zońja], a nawet [zonja]. A jak w Pani rodzinie wymawia się to imię?

    Pozdrowienia dla Pani oraz dla Sonji!

  7. josia:

    dziękuję za odpowiedź
    a co do Sonji, imię wybrał mąż
    zawsze chciał mieć córkę Sonię :)
    Sonia- kojarzyła mi się z małym pieskiem (był u sąsiadów)
    ponieważ uczę niemieckiego miałam do czynienia
    z wersją Sonja, która przypadła mi do gustu
    w domu mówimy [zońja] w przedszkolu mówią [sonia]
    jak rozrabia to wołam- tworząc “zonjcha”
    a co do pochodzenia to skandynawskie
    pozdrawiam

  8. M.:

    Drogi Korektorze. Uprzejmie proszę o usunięcie mojego wcześniejszego postu, gdyż jest bardzo niepoprawny.:) Te przecinki… Aż oczy bolą. Pozdrawiam.

  9. K.:

    Te przecinki… co prawda, to prawda… ;) Ale ludzie gorsze błędy popełniają, czasami wręcz życiowe. Na tym tle te przecinki to naprawdę nic strasznego. Poza tym tego rodzaju mankamenty mają walor informacyjny dla czytelnika: świadczą o emocjach Piszącego! Więc o czymś niezwykle ważnym…

    A prośby o usunięcie postu nie spełnię, błagam o zrozumienie i wybaczenie. Każdy wpis jest tu bowiem na wagę złota. Tak malutko ludzi czyta te teksty, a komentarzy zostawiają ci moi Czytelnicy tyle, co kot napłakał. Każdy więc traktuję jak skarb i proszę o jeszcze!
    Również bardzo serdecznie pozdrawiam!

    PS. A w kwestiach interpunkcyjnych zapraszam na konsultacje! Tę bezpłatną misję pełnię pod telefonem 694 398 031 niemal 24 godziny na dobę. Z małymi przerwami na sen, msze i koncerty.

  10. M.:

    Od dziś uwzględniam tylko te trzy warianty, Krzysiu.:D
    Można się spodziewać konsultacji o nietypowych porach.

  11. Kubek:

    Jestem kompletnie głuchy, jeśli chodzi o odróżnianie fonetycznego [ńa] od [ńja]. Na przykład w słowie “dynia” i “plebania” – dla mnie ostatnia sylaba brzmi w obu słowach tak samo.

    Na szczęście przypadkiem odkryłem inny sposób odróżniania [ńa] od [ńja]. Sposób gębowoczuciowy. Przy [ńja] – jak w słowie “plebania” – język przylega do podniebienia górnego większą powierzchnią niż w przypadku [ńa], jak w słowie “dynia”. I choć nie słyszę różnicy, to ją wyraźnie czuję na języku.

  12. M:

    :)

  13. Richardglows:

    You’ve made your position pretty effectively.!
    canadianpharmaciesbnt.com
    canadian pharmacy meds

Dodaj swój komentarz