Czytanie MIŁOSZA

Rok 2011, Rok Czesława Miłosza.

Wasz korektor jest pod wrażeniem tego wielkiego polskiego poety. I składa mu hołd, i woła entuzjastycznie, jak tylko umie najdonośniej: Cieszmy się, Rodacy, tańczmy, śpiewajmy pieśni, chwalmy Pana i dziękujmy Mu za to, że żył Miłosz na naszej ziemi i pisał po polsku. Że długo żył i dużo pisał. Że pięknie i mądrze pisał!

Można nie lubić poezji, można nie rozumieć większości wierszy – tak jak nie każdy słucha i nie każdy rozumie Bacha czy Beethovena. Ja też nie wszystko rozumiem, co napisał Miłosz. Obawiam się, że nie rozumiem większości jego tekstów. Albo rozumiem niezupełnie. Ponieważ on wszędzie był, wszystko widział, wszystko przeczytał, wszystko zrozumiał – takie mam wrażenie. Skądże więc mnie – prostaczkowi, który świata nie widzi poza swoimi literkami i przecinkami, poza czterema ścianami i ekranem komputera – wiedzieć to, co wiedział genialny poeta, świata obywatel. Co wiedział i do czego często nawiązywał w swej twórczości. Ta jego erudycja onieśmiela.

Dlatego czytam utwory Czesława Miłosza wybiórczo. Czytam to, co potrafię ogarnąć zmysłami i rozumem. A maleńką cząstkę tych fantastycznych tekstów Państwu tu nieśmiało proponuję. Kilka wierszy.

To nie jest lektura do szybkiego czytania. Ona jest do kontemplowania w ciszy i zadumie. Do podziwiania. A czytając, miejcie w pamięci słowa innego wielkiego wieszcza, Norwida: Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, / Dwie tylko: poezja i dobroć… i więcej nic…


ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy, że w nas jest,
więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem języków,
a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

TRAKTAT POETYCKI

WSTĘP

Mowa rodzinna niechaj będzie prosta.
Ażeby każdy, kto usłyszy słowo
Widział jabłonie, rzekę, zakręt drogi,
Tak jak się widzi w letniej błyskawicy.

Nie może jednak mowa być obrazem
I niczym więcej. Wabi ją od wieków
Rozkołysanie rymu, sen, melodia.
Bezbronną mija suchy, ostry świat.

Niejeden pyta dzisiaj co to znaczy
Ten wstyd, jeżeli czyta księgę wierszy,
Jakby do gorszej natury w nim samym
Zwracał się autor w niejasnym zamiarze
Myśl odsuwając i myśl oszukując.

Z przyprawą żartu, błazeństwa, satyry,
Jeszcze się umie podobać poezja.
Jej znakomitość wtedy się docenia.
Ale te walki, gdzie stawką jest życie
Toczy się w prozie. Nie zawsze tak było.

I nie wyznany dotychczas jest żal.
Służą, nie trwają, romanse, traktaty.
Bo więcej waży jedna dobra strofa
Niż ciężar wielu pracowitych stronic.

MOJA WIERNA MOWO

Moja wierna mowo,
służyłem tobie.
Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,
żebyś miała i brzozę i konika polnego i gila
zachowanych w mojej pamięci.

Trwało to dużo lat.
Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.
Myślałem że będziesz także pośredniczką
pomiędzy mną i dobrymi ludźmi,
choćby ich było dwudziestu, dziesięciu,
albo nie urodzili się jeszcze.

Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Ale bez ciebie kim jestem.
Tylko szkolarzem gdzieś w odległym kraju,
a success, bez lęku i poniżeń.
No tak, kim jestem bez ciebie.
Filozofem takim jak każdy.

Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podścieła Wielki Chwał,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.

Moja wierna mowo,
może to jednak ja muszę ciebie ratować.
Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami
jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,
bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.

SPRAWOZDANIE

O Najwyższy, zechciałeś mnie stworzyć poetą, i teraz pora, żebym złożył sprawozdanie.

Serce moje jest pełne wdzięczności, choć poznałem niedole tego zawodu.

Praktykując w nim, dowiadujemy się za wiele o dziwacznej naturze człowieka.

Którym co dzień i o każdej godzinie i roku włada urojenie.

Urojenie, kiedy buduje fortece z piasku i zbiera znaczki pocztowe, i podziwia siebie w lustrze.

I przyznaje sobie pierwszeństwo w sporcie, władzy i miłości, i kiedy gromadzi pieniądze.

Na samej granicy, na kruchej granicy, za którą rozpościera się kraina skarg i bełkotów.

Bo w każdym z nas miota się szalony królik i wyje wilcza zgraja, aż boimy się, że inni ją usłyszą.

Z urojenia bierze się poezja i przyznaje się do swojej skazy.

Choć tylko przypominając sobie napisane kiedyś wiersze, czuje ich autor cały wstyd urojenia.

A jednak nie znosi obok siebie innego poety, jeżeli podejrzewa, że ten jest lepszy od niego, i zazdrości mu każdej pochwały.

Gotów nie tylko zabić, ale zmiażdżyć go i zetrzeć z powierzchni ziemi.

Aż zostanie sam jeden, wspaniałomyślny i łaskawy dla podwładnych, ścigających małe urojenia.

Jakże więc się dzieje, że z tak niskich początków rodzi się wspaniałość słowa?

Gromadziłem książki poetów z różnych krajów, siedzę teraz nad nimi i zdumiewam się.

I słodko jest myśleć, że byłem kompanem w wyprawie, która nigdy nie ustaje, choć mijają wieki.

Wyprawa nie po złote runo doskonałej formy, ale konieczna jak miłość.

Pod przymusem miłosnego dążenia do esencji dębu i górskiego szczytu, i osy, i kwiatu nasturcji.

Żeby, trwając, potwierdzały naszą hymniczność przeciw śmierci.

I naszą myśl serdeczną o wszystkich, którzy, jak my, byli, dążyli i nazwać nie mogli.

Ponieważ istnieć na ziemi to już za dużo na jakiekolwiek nazwanie.

Bratersko wspieramy się wzajemnie, zapominając uraz, tłumacząc jedni drugich na inne języki, zaiste, członkowie wędrującej załogi.

Jakże więc mógłbym nie być wdzięczny, jeżeli wcześnie byłem powołany i niepojęta sprzeczność nie odjęła mego podziwu?

Za każdym wschodem słońca wyrzekam się zwątpień nocy i witam nowy dzień drogocennego urojenia.

JEŻELI

Jeżeli Boga nie ma,
to nie wszystko człowiekowi wolno.
Jest stróżem brata swego
i nie wolno mu brata swego zasmucać,
opowiadając, że Boga nie ma.

IM WIĘCEJ

Im więcej razy na dzień jesteś znieważony,
Im śmieszniejsze na Ciebie wkładają korony
I krzyczą urągając: pokaż swoją siłę,
Albo liczą Cię między pamiątki niebyłe,
Im więcej żalu, drwiny, gniewu, oskarżenia,
Bo słowo Twoje z miejsca nie rusza kamienia,
Tym bardziej pewnym mogę być tego jednego:
Że Ty jesteś zaiste, Alfą i Omegą.

PIOSENKA O KOŃCU ŚWIATA

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.
CZŁOWIEK WIELOPIĘTROWY
FRAGMENT

Idzie człowiek wielopiętrowy,
na górnych piętrach rześkość poranka,
a tam nisko
ciemne pokoje,
do których strach wchodzić.

K.


Wasze komentarze (7):

  1. M:

    Alfa i Omega…

  2. K., korektor, tutejszy:

    Zaiste

  3. Ewa:

    “Bo wszystko, co znam, to wyłącznie cuda,
    Czy stoję pod drzewem w lesie,
    Czy rozmawiam za dnia z kimś kogo kocham albo nocą śpię z kimś kogo kocham,
    Podziw budzące owady w powietrzu,
    Cienka krzywizna wiosennego nowiu
    To dla mnie cuda, całość pełna powiązań, a jednak każdy jej składnik odrębny i na swoim miejscu,
    Każdy cal sześcienny przestrzeni jest cudem(…).”

    I ten Miłosza codzienny trud – zwyczajny cud! :)

  4. Ewa:

    Przypadkiem właśnie przeczytane:

    “Już nie goń. Cicho. Jak miękko deszcz pada
    Na dachy tego miasta. Jak wszystko jest
    Doskonałe. Teraz, dla was dwojga budzących się
    W królewskim łożu pod oknem mansardy.
    Dla mężczyzny i kobiety. Albo dla jednej rośliny
    Podzielonej na męskość i żeńskość, które tęskniły do siebie.
    Tak, to mój podarunek. Nad popiołami.
    Na gorzkiej, gorzkiej ziemi. Nad podziemnym
    Echem wezwań i przysiąg. Abyście o poranku
    Byli uważni: pochylenie głowy,
    Ręka z grzebieniem, dwie twarze w lustrze
    Są tylko raz, na zawsze. I niekoniecznie w pamięci.
    Abyście byli uważni na to, co jest chociaż mija
    I w każdej chwili wdzięczni, świętujący wszelkie istnienie.
    Ten mały park, zielonawe popiersia z marmuru
    W świetle perłowym, w letni drobny deszcz
    Niech jak był kiedy pchnęliście furtkę zostanie.
    I ulica wysokich zliszajonych bram,
    Którą ta wasza miłość nagle przemieniła”.

    (Czesław Miłosz, “Na wygnaniu”).

  5. K., korektor, tutejszy:

    Ewa, jakie piękne uzupełnienia! Dzięki! Proszę o więcej! :)

  6. Ewa:

    Nie mam odwagi zawłaszczać tej niewykłej przestrzeni tylko dla siebie. Trudno jednak nie przyłączyć się do nawoływań Szanownego Korektora i nie zachęcać do poznawania Miłosza. Nic (ani nikt!) dwa razy się przecież tak pięknie nie zdarza. Naprawdę warto ocalić tę poezję od zapomnienia!
    Ot, choćby fragment wiersza “Do aniołów” i cudowne Miłoszowe haiku:

    “(…) zaraz dzień
    jeszcze jeden
    zrób co możesz”.

    Pięknego odkrywania!

  7. korektor, tutejszy:

    zaraz dzień
    jeszcze jeden
    zrób co możesz

    Jakie to jest piękne! Jestem wstrząśnięty i wzruszony, i lepszy.

    Dzięki, Ewa!

Dodaj swój komentarz